wtorek, 4 listopada 2014

One.

Rose obudziła się z dużym bólem głowy i sklejonymi powiekami. Jej kołdra leżała skopana na ziemi obok łóżka, a poduszka nie wiedzieć czemu zamiast pod głową, znajdowała się na niej. Dziewczyna  myśli miała nieuporządkowane, tak jakby dzień wcześniej zbyt długo zabalowała na naprawdę dobrej imprezie. Jej włosy sterczały na wszystkie możliwe strony i były o wiele bardziej napuszone niż zwykle. Podniosła się ociężale z łóżka i natychmiast przymrużyła oczy, bo ostre światło słoneczne ją oślepiło. No tak, przecież dzisiaj rozpoczynały się wakacje, dzisiaj zakończenie roku. Jej przyjaciółki – bliźniaczki Viviene i Lyla już gdzieś wyparowały, ale rudej specjalnie to nie przeszkadzało. Przeciwnie – wolała zostać sama i w spokoju przemyśleć wszystko od początku. Była tak rozdrażniona, że nie daj Boże wybuchłaby na koleżanki i także z nimi pokłóciłaby się przed samymi wakacjami. Jednym machnięciem różdżki spakowała kufer, przygotowała się porządnie, przykleiła na twarz sztuczny uśmiech i przed samym wyjściem na śniadanie ostatni raz spojrzała w lustro. Pomimo różnych zabiegów maskujących, nadal wyglądała żałośnie. Miała podpuchnięte i lekko zaczerwienione oczy, a z wysoko uwiązanej kitki wymknęło się kilka niesfornych kosmyków. Poza tym dziewczyna miała wrażenie, że na kilometr można zauważyć, to że ktoś ją zranił. Czuła się pusta. Zupełnie jakby ktoś pozbawił ją bardzo ważnej cząstki jej osobowości. Ruszyła więc do Wielkiej Sali jak na skazanie, mając nadzieję, że przyjaciółki nie zauważą u niej żadnej zmiany, bo przecież nawet nie poinformowała ich o tym, że chodziła ze Scorpiusem. Nie mogła tego zrobić, bo przestałyby się z nią przyjaźnić, wiedząc że chodzi z jednym z najgorszych Ślizgonów w szkole.
-Hej – rzuciła do znajomych przy stole Gryfonów. Miała nadzieję, że zabrzmiało to choć trochę przyjaźnie.
-Siemka Rosie, siadaj. W tym roku skrzaty wyjątkowo się postarały – przywitał ją James zapychając buzię kolejnymi kęsami kurczaka. Jej kuzyn zawsze lubił jeść, zupełnie jak jej ojciec. Ona natomiast usiadła i włożyła na talerz dosłownie dwa ziemniaki, które ostatecznie ledwo co naruszyła. Przez to, co stało się dzień wcześniej kompletnie nie miała ochoty na jedzenie. W dodatku nie mogła się nikomu wyżalić ze swoich zmartwień. Miała wrażenie, że eksploduje. Dlaczego? Dlaczego zrobił jej coś takiego? Przecież cały czas zapewniał, że ją kocha, że nie jest taki jak ojciec, że jakoś to sobie ułożą. Ona pomimo, że byli dopiero w piątej klasie, uwierzyła w każde jego słowo, wierzyła, że będą razem już zawsze, że kiedyś będzie mogła powiedzieć przyjaciołom i rodzicom jak wspaniałego ma chłopaka, że nie będzie musiała kłamać i się kryć. Przede wszystkim, że nazwisko nie musi świadczyć o człowieku. Może się myliła? Może to wszystko były jej złudzenia, iluzja umysłu? Nie mogła tego pojąć, bo pierwszy raz do tego stopnia zaufała chłopakowi. Chłopakowi, który swoją drogą sam się o nią starał. W swoim, dość nietypowym, mało zauważalnym stylu. Ale się starał, wiedziała to na pewno.
-Rose? – powiedziała Viviene nieco głośniej – Co o tym sądzisz?
-Tak, tak.– powiedziała Rose chociaż w rzeczywistości nie wiedziała o co chodzi.
-Ale ja pytałam się co sądzisz o wakacyjnym spotkaniu. – odparła nieco zmieszana Viviene. – Cała nasza paczka. – dodała z lekkim uśmiechem.
-Aaa. – westchnęła ruda. – Przepraszam, jakoś się zamyśliłam. Uważam, że to super pomysł, serio. – powiedziała bez większego entuzjazmu, ale najwyraźniej przekonało to przyjaciółkę, bo zmieniła temat.

W tym roku Puchar Domów wygrał Ravenclaw. Tak naprawdę zgarnął nagrodę sprzed nosa Gryfonom, którym brakowało bardzo niewiele do przegonienia Krukonów. Po uczcie uczniowie kierowali się do powozów, które miały ich dowieść do Hogsmeade, na pociąg. Pech chciał, że Rose i jej przyjaciele szli dosyć szybko i po drodze wyminęli grupkę Ślizgonów, wśród których oczywiście stał Malfoy.
-Co jest Weasley? Irytek dał ci w kość? Bo wyglądasz raczej marnie. – rzucił nagle blondyn z szyderczym uśmiechem. Rose strasznie się wzburzyła. Jak on śmiał jeszcze ją wyśmiewać przy wszystkich? Nie zastanawiając się dłużej nad tym, co robi po prostu się odwróciła i na niego zamachnęła. Zrobiła to tak szybko i niespodziewanie, że nikt nie zdążył jej powstrzymać. Dało się słyszeć jedynie głośny plask. Scorpius syknął cicho i zerknął na nią przelotnie nie odzywając się już nawet jednym słowem. Rose miała wrażenie, że w tym spojrzeniu zauważyła cień żalu, ale później doszła do wniosku, że po prostu jej się przywidziało.
Bezpośrednio po tym zdarzeniu, kiedy zmierzali dalej ku powozom, nastała niezręczna cisza, bo wszyscy patrzyli kątem oka na rudowłosą, która o dziwo była ostoją spokoju. Szła przed siebie kompletnie niewzruszona. Wreszcie, jak dotarli na miejsce stanęła przed nimi i ze zniecierpliwieniem spojrzała na ich zdziwione twarze.
-O co chodzi? – spytała najbardziej życzliwie jak tylko mogła. Albus nie wytrzymał.
-O co chodzi? Rose, przed chwilą przyłożyłaś – pomińmy fakt, że całkiem solidnie – Scorpiusowi. Dziewczyno, to nie jest normalne, szczególnie biorąc pod uwagę, że zrobiłaś to akurat ty.
-Nie pojmuję twojego rozumowania, Al. Wkurzył mnie, więc dostał za swoje. – wzruszyła ramionami.
-A ja tam się zgadzam z Albusem. To nie jest normalne zachowanie z twojej strony. – poparła go Lyla. – Gdyby Malfoyowi przyłożył James, to co innego. Ale ty? – Rose tylko przewróciła oczami, ale w rzeczywistości miała ochotę wybuchnąć płaczem.
-Oj, dajcie już na spokój. Mnie bardzo podobał się ten cios. – James wyszczerzył zęby w uśmiechu – I nie kapuję, po co tworzyć sensację z tego, że akurat ona to zrobiła. Nie przyłożenie żadnemu Malfoyowi przez całe swoje życie to naprawdę ogromne marnotrawstwo. – Potter uśmiechnął się przyjaźnie do Rose, po czym złapał ją za ramię i weszli we dwójkę do wagonu, zostawiając resztę przyjaciół nieco w tyle. Dziewczyna była mu bardzo wdzięczna za to, że stanął po jej stronie, bo chyba by nie dała rady znieść dłużej tych zdziwionych, pełnych niezrozumienia spojrzeń. Wolała sobie nawet nie wyobrażać, jak to wszystko będzie wyglądało od września, kiedy każdego dnia narażona będzie na widok Scorpiusa. Obawiała się, że nie poradzi sobie z udawaniem przed wszystkimi szczęśliwej, podczas gdy żal rozrywał jej serce. Bez ustanku musiała się pilnować, aby nie uronić choć jednej łzy. A tak chciało jej się płakać.
Podróż zleciała Rose całkiem znośnie. Nie brała co prawda udziału w pogaduszkach i ogólnie nie udzielała się towarzysko, ale w sumie jej to odpowiadało. Jak tylko wszyscy zajęli miejsce w przedziale po prostu wyciągnęła z kufra książkę i zaczęła czytać. A właściwie – udawać że czyta. W rzeczywistości przez całą drogę rozmyślała, przerzucając jedynie co jakiś czas kartki, żeby przyjaciele niczego się nie domyślili. Chociaż oni w ogóle mało zauważali, bo przez większość czasu grali w eksplodującego durnia. Oczywiście, na początku namawiali ją, żeby się do nich przyłączyła, ale odmówiła. Nie ustąpili tak szybko, jednak w końcu James strasznie się na nich wkurzył za to napastowanie i umilkli. Tak, James zdecydowanie rządził w ich grupie. Chociaż sam rzadko zachowywał się jak należy, to kiedy inni zbytnio się spierali lub wymyślali głupoty, potrafił ich doprowadzić do porządku. Stanowił dla reszty swego rodzaju autorytet.
Rose zwykle cała aż promieniała radością, kiedy wysiadała z pociągu na King’s Cross. Nie mogła się doczekać, aż rzuci się rodzicom w ramiona. Jednak tym razem nie odczuwała niczego takiego. Była totalnie wyprana z emocji taszcząc swój kufer z wagonu i to ją przerażało. Czyżby jakiś głupi chłopak znaczył dla niej więcej od rodziny? Chłopak, który potraktował ją w ten sposób? Nie, nigdy w to nie uwierzy. Rodzina była, jest i zawsze będzie dla niej na pierwszym miejscu. „Nic się przecież nie zmieniło” – wmawiała sobie w myślach, obejmując matkę. Kiedy poczuła znajomy zapach jej perfum i otoczył ją welon gęstych włosów mamy, postanowiła. Musi jej o wszystkim powiedzieć. Tylko do cholery, od czego ma zacząć?